Sri Lanka – przewodnik niepraktyczny

Minęły już trzy tygodnie od powrotu ze Sri Lanki i czuję, że moje  wspomnienia powoli gubią się w codziennej krzątaninie, wśród wiecznie niedokończonych spraw i nowych wyzwań. Ale jeszcze przez chwilę chcę je mieć ze sobą. Chcę czuć smak curry na języku i strzepywać resztki kurzu z moich ubrań. Chcę utrwalić w swojej głowie ulotne momenty szczęścia, ale także chwile, które wyciskały łzy żalu i złości.

 

Sri Lanka to kraj trochę, jak ciemna czekolada – słodko-gorzki. Czułam, że kryje ona przede mną wielkie tajemnice, które są dostępne tylko i wyłącznie dla mieszkańców tego cudownego zakątka świata. Podróż wokół wyspy była więc dla mnie, jak rozwiązywanie, krzyżówki albo rebusu. Bazując na szczątkowych informacjach udzielanych przez lokalsów łamanym angielskim oraz na moich mało uważnych obserwacjach, próbowałam odnaleźć rozwiązania. W mojej głowie po powrocie nadal więcej jest jednak znaków zapytania, niż odpowiedzi.

 

Tempo życia Lankijczyków jest albo bardzo szybkie, albo bardzo powolne. Nie ma nic pośrodku. Zdezorientowany turysta musi najpierw przystosować się do szaleńczych prędkości osiąganych przez pojazdy na dziurawych drogach, po czym nauczyć się cierpliwości podczas wchodzenia boso, po małych stopniach, do świątyń buddyjskich.

 

Największy problem miałam właśnie z tymi świątynnymi schodami, które sprawiały wrażenie, jakby były projektowane dla pięciolatków. Nogi same automatycznie przeskakiwały niektóre z nich, aby szybciej doprowadzić mnie do celu wspinaczki.

W pewnym momencie złapałam sens tej całej lankijskiej dreptaniny wokół świątyń. Małe schodki uczą cierpliwości i ułatwiają proces skupienia. Aby to zrozumieć musiałam odzwyczaić moje spięte ciało do szybkiego biegu i ciągłego osiągania celów, a przyzwyczaić do jednostajnego spokojnego rytmu.

Aby doświadczyć Sri Lanki z całym jej inwentarzem musisz przyjąć jej zasady w 100 %. Jeżeli przeciwstawisz się choć jednej z nich, nie dowiesz się niczego. Wóz, albo przewóz!

 

Większość Lankijczyków jest dumna ze swojego pochodzenia. Nie ma się czemu dziwić, Sri Lanka dla Europejczyka wydaje się być rajem na ziemi – świeże owoce, piękne plaże, słoneczna pogoda, bujne lasy, pyszna herbata. Czy Lankijczykom się to nie nudzi?

Zawsze starałam się zagadywać kierowców tuk tuków o miejsce pochodzenia. W 100 % przypadków pochodzili z tej samej miejscowości, w której obecnie mieszkali. Gdy pytałam ich o Europę, zawsze mówili, że owszem wiedzą, gdzie to jest, jednak nigdy tam nie byli i raczej nie zamierzają się nigdzie wybierać.

 

 

Takie podejście do życia było dla mnie nowością. Żyjemy przecież w świecie, w którym podróże stanowią wartość edukacyjną. Wydaje się, że wszyscy chcą podróżować, przeżywać przygody, testować i próbować. Pragniemy świata bez granic, jednocześnie budując granice we własnych głowach. Pisząc o tym mam także na myśli traktowanie krajów, do których podróżujemy, jak jednego wielkiego hotelu All Inclusive. Podczas podróży spotykałam wielu turystów, którzy pędzili na łeb na szyję, aby odhaczyć kolejną atrakcję na liście, zrobić sobie zdjęcie na instagrama, albo pogłaskać dzikie zwierzę, które najprawdopodobniej przeżyło gehennę, aby stać się ciekawym obiektem dla obcokrajowców. Niewielu z nich myślało o konsekwencjach masowej turystyki, w jaki sposób wpływa ona na ludzi, naturę, czy kulturę. W moim odczuciu jedynie garstka z nich była gotowa, aby poznać prawdziwą twarz Sri Lanki. Mam tutaj na myśli głównie ludzi i ich zwyczaje. Często miałam okazję obserwować Lankijczyków próbujących nawiązać relację z turystami, którzy niejednokrotnie ograniczali swoje kontakty z nimi do zamówienia jedzenia i piwa. Mi na szczęście udało się poznać wielu Lankijczyków – jednych polubiłam bardziej, drugich mniej. Przez to mam poczucie, że jakaś część mnie została na wyspie, mam nadzieję, że w formie przyjaznego wspomnienia.

 

 

Mając na względzie negatywne oddziaływanie masowej turystyki na środowisko naturalne, odpuściłam sobie zwiedzanie parku narodowego. Oznacza to, że nie zobaczyłam słoni, gepardów, ani innych dzikich zwierząt żyjących na Sri Lance. Być może zrezygnowałam z jedynej takiej szansy w moim życiu.

Głupota? Co zmieniłby fakt, że jeden jeep wjechałby do parku narodowego, podczas gdy dziennie wjeżdża tam i tak ponad 200 pojazdów? Być może moja decyzja nie wpłynęła w żaden sposób na środowisko naturalne, ani na postępowanie innych ludzi. Dla mnie liczy się jednak to, że udowodniłam sobie coś bardzo ważnego – Utwierdziłam się w przekonaniu, że potrafię sobie odpuścić coś, co jest dla mnie bardzo atrakcyjne, ale jednocześnie niezgodne z moimi wartościami.

Dodatkowo nie mam pewności, czy odnalazłabym się w szalonym wyścigu po idealne kadry ze słoniami, którym obecność ludzi na pewno nie jest na rękę.

 

 

Na Sri Lance uderzyła mnie ilość dzieci i ich energia. W każdym mieście, w którym się pojawialiśmy, zawsze witała nas uśmiechnięta gromadka szkrabów. Gdy przechodziliśmy obok szkoły dzieciaki przylepiały się do szyb i machały nam z zaciekawieniem. Wzruszałam się, gdy widziałam dziadków, albo babcie ze swoimi wnukami. Uświadomiłam sobie bowiem, że w Polsce coraz rzadziej mam okazję spotykać takie widoki. To spostrzeżenie zmusiło mnie do zastanowienia się nad tym, co tracimy decydując się na życie indywidualistów. Czy cena za niepohamowany rozwój nie okaże się dla nas kiedyś zbyt wysoka?

 

Tutaj kończę swój niepraktyczny przewodnik po Sri Lance. W tamtym roku na blogu pojawił się podobny niepraktyczny przewodnik po Maroku, w którym zamiast atrakcji turystycznych opisuję historię niesamowitej przyjaźni.

 

A jaka była Twoja ostatnia podróż?

 

XO XO

Zgadzasz się ze mną? Udostępnij!

Back to Top