„Żyj jak chcesz” – czyli jak mądrości z toalety publicznej nauczyły mnie życia
28 kwietnia, 2019
„Tu i teraz” – dlaczego nie powinno być tylko modnym hashtagiem, szczególnie w niepewnych pandemicznych czasach
25 marca, 2021

Czwarta nad ranem to szczególna godzina dla mojego organizmu, który upodobał sobie tę porę na pozbywanie się istniejących w nim napięć, poprzez przełączenie mojego układu nerwowego ze stanu odpoczynku w stan walki lub ucieczki.

Piękno bycia człowiekiem polega na tym, że pisząc o trudnościach z zaśnięciem związanych z nadaktywnością mojego umysłu bombardującego mnie tuzinem mało przyjemnych obrazów porażek, kłótni, niedokończonych zadań i długów, mogę liczyć na to, że większość z Was czytających te słowa pomyśli sobie – “Jak ja Cię rozumiem!”. I tym sposobem być może uruchomiliście w sobie współczucie! Zapraszam jednak po więcej….

Otóż całkiem niedawno, szarpiąc się o czwartej nad ranem z moimi myślami i nową wełnianą kołdrą, która okazała się zbyt duża, zbyt ciepła i w ogóle NIE TAKA JAK TRZEBA, uświadomiłam sobie, że przecież nie całe 3 miesiące temu zakończyłam ważny, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, kurs współczucia. Kurs, na którym powinnam zdobyć umiejętności, ułatwiające mi radzenie sobie w takich sytuacjach.

Była to kolejna myśl, która stała się wspaniałą pożywką dla mojego umysłu zalanego emocjami, który wyprodukował kilka kolejnych “biczujących sformułowań” mówiących mi: “że się nie przyłożyłam, straciłam pieniądze, jestem psychologiem, który sam sobie nie potrafi pomóc, a wymądrza się przed innymi….” – ogólnie miód na uszy wewnętrznego krytyka.

Pewnie trudno będzie Wam uwierzyć, ale właśnie w tej chwili, już przed szóstą rano, po dwóch bezsennych godzinach szamotania się z “biczującymi myślami” i zbyt dużą kołdrą doznałam momentu osobistego olśnienia. Niektórzy mówią o tym “Aha! – moment”, więc ustalmy na rzecz wspólnego przebywania na tym blogu, że właśnie tak będę nazywała te ważne dla mnie chwile.


Właśnie wtedy zrozumiałam fundamentalne założenie kursu – potrzebujemy współczucia, a dokładnie JA, ANIA SCHATTOVITS, POTRZEBUJĘ WSPÓŁCZUCIA.

Okazało się to trudniejsze do przełknięcia niż sądziłam. Jednak, gdzieś w głębi siebie miałam przekonanie, że współczucie to tylko kolejne przydatne narzędzie do pracy i ciekawostka psychologiczna, a nie coś co ma pomóc mnie – silnej, twardej, wszystko wiedzącej, nie proszącej o pomoc….

Otóż nie. Potrzebujemy współczucia, aby żyć – pracować, osiągać cele, świętować sukcesy, opłakiwać porażki, wchodzić w relacje z ludźmi i z nich wychodzić. Potrzebujemy współczucia żeby zaakceptować i docenić naszą ludzką naturę, z całym jej inwentarzem wad i zalet –

złożonym umysłem, produkującym głosy krytyka, lęki, ale także dumę,radość, wartości, wzniosłe cele;

ciałem – chorującym, słabym, nieestetycznym, ale także silnym, posiadającym zdolności uzdrawiania i chroniącym przed niebezpieczeństwami.


Dobra, dobra ale czym właściwie jest współczucie?

Napisano o tym wiele książek, jedną mogę polecić szczególnie – “Uważne współczucie”

Mi najprościej kierować się słowami J.Ś. Dalajlamy

“współczucie to wrażliwość na cierpienie swoje i/lub innych istot z jednoczesnym głębokim zaangażowaniem (zobowiązaniem) w celu zmniejszenia i zapobiegania temu cierpieniu.”

A gdzie litość? Może, niektórzy z Was zapytają.

No właśnie i tu jest cały pies pogrzebany, że powyższej definicji bliżej moim zdaniem do efektywności, niż do litości.

I teraz postaram się, aby choć niewielki odsetek z Was, którzy dotarli do tego miejsca tekstu doświadczyli momentu aha, takiego jak mój nad ranem.

  • Co by się stało gdybyśmy przestali karać się za to, że mamy bardzo złożone umysły, które oprócz tego, że zazwyczaj nam służą, potrafią także bombardować nas głosami krytyka o czwartej nad ranem?
  • Jak wyglądałby nasz świat, gdybyśmy stali się sami dla siebie czułymi mentorami? Takimi, dla których powolny, świadomy, radosny rozwój, jest ważniejszy niż terminowe odhaczanie celów z listy (sporządzonej najczęściej pod wpływem wewnętrznego krytyka dzierżącego bat)
  • Jak zmieniłyby się nasze relacje, gdybyśmy zamiast ocenami i etykietami kierowali się zrozumieniem i świadomością, że jako ludzie, mamy ze sobą wiele wspólnego?
  • Jakie efekty zobaczylibyśmy jeżeli zwrócilibyśmy się w stronę cierpienia, nie unikali go, tylko aktywnie zaangażowali się w jego redukowanie?
  • Co by się stało, gdyby współczucie przestało być utożsamiane z litością, porażką, słabością i byciem miłym, a zaczęło być kojarzone z siłą, mądrością, zaangażowaniem i życzliwością?

Magia współczucia objawia się w całej swojej krasie, gdy przestajemy usilnie skupiać się na ciągłej obronie przed słabością i udowadnianiu swojej siły. Nagle okazuje się, że nie musimy być na wojnie i możemy wybrać pokój. Schodząc z pola walki jesteśmy w stanie dostrzec, że są rzeczy ważniejsze od naszej siły i efektywniej zaangażować się w pracę na ich rzecz. Na własnym doświadczeniu przekonałam się ponadto, że dużo głębiej i przyjemniej śpi się przykrytym kołdrą współczucia, niż pierzyną samokrytyki ;). 

To wszystko wymaga odwagi, mądrości, życzliwości i zaangażowania – wszystkich czterech składników współczucia, ale o nich opowiem Wam przy okazji innego momentu aha!


Kilka słów o autorce, która na mówieniu “tylko nie dziś” zęby zjadła.

Ania Schattovits – psycholog, coach, ale przede wszystkim inspirator – tak lubię nazywać się najbardziej. Od 6 lat zajmuję się szeroko pojętym rozwojem ludzi, a od roku wcielam w życie misję związaną z wprowadzaniem idei współczucia oraz terapii Akceptacji i Zaangażowania [ACT] w korporacyjne korytarze, czy sesje na ZOOMie.

Zapraszam do kontaktu wszystkie osoby pragnące przeprowadzić generalne porządki w swoim życiu i potrzebujące wsparcia we wzbudzaniu motywacji do działania :).